Home / Znalezione / Sprawa najważniejsza z ważnych

Sprawa najważniejsza z ważnych

Sprawa jest najważniejsza z ważnych. Decydująca i rozstrzygająca przyszłości Rzeczypospolitej. Stanowiąca o tym, jakim mamy być narodem: małym, ściśniętym w etnograficznych granicach narodowości polskiej, wiecznie broniącym się a nigdy zdobywczym, przyłączającym co najwyżej na pobrzeżach państwa skrawki terytorialne z tzw. mniejszościami narodowymi w ilościach „możliwych do strawienia” – czy też: narodem wielkim, o horyzontach rozległych, sięgających od morza do morza, z ambicjami tworzenia całości coraz większej, a bez i lęku ludzi małych, że się w tym zatracić można. Zdobywa się zawsze za cenę jakichś wyrzeczeń.

Przyszedł czas, że trzeba wybierać pomiędzy minimalizmem i maksymalizmem narodowym.
Minimalizm narodowy – to ideologia z czasów rozbiorów. Łatwo zrozumieć jej rodowód, i zrozumiawszy, nie ciskać na nią gromów. Tak musiało być. Dla Polski niewolnej ideałem było państwo własne, małe państwo, jak najbardziej polskie i przez to jak najbardziej własne. Z takim więc ideałem państwa jak najbardziej własnego przystąpiło pokolenie rozbiorowe do odbudowania Rzeczypospolitej w burzliwych dniach wielkiej jesieni 1918-go roku.

Dwa były programy polityczne realizowania tego ideału. Jeden – to program Polski etnograficznej, zwróconej frontem ku zachodowi, bo tam jeszcze jest do odebrania to, co Polsce wydarte i wynarodowione, co odnarodowić można; Polski etnograficznej, ale gwoli mocarstwowości zaokrąglonej na łatwiejszym wschodzie terytoriami z obcą przewagą narodowościową; broń Boże jednak nie większymi, niż się da się (teoretycznie) spolszczyć. Drugi program – to program Polski etnograficznej, zwróconej frontem ku Wschodowi, aby tam na wielką skalę powetować, co się przez tysiąc lat traciło na zachodzie. I w tym planie połknięcie rozległych terytoriów wschodnich dawnej Rzeczypospolitej uznano za nierealne. Stąd podstępna koncepcja utworzenia na wschodzie państw buforowych, związanych z nami federacją, które za podarunek wywalczonej polskimi bagnetami niepodległości, miały się stać wasalami okrojonej na ich rzecz Polski.

Nie udało się jednak zrobienie tego podarunku. Polskie bagnety, skrwawione walką o utwierdzenie niepodległości własnego państwa, nie miały dość siły, aby wywalczyć jeszcze niepodległości cudze. Tam zaś, gdzie się to na niewielką skalę powiodło, gdzie urobiliśmy maleńki prezencik Łotwie, rezultaty nie dały długo czekać na siebie. W oddanych Łotwie gminach rozpoczął wkrótce rząd łotewski najostrzejszą politykę eksterminacyjną wobec Polaków. Pouczający przykład, co by się było działo w sfederowanych, „wasalnych” państwach ukraińskim i białoruskim, gdyby powstały. A że działoby się nie inaczej, nic by w tem nie było dziwnego ani niezrozumiałego. I śmieszni byliby ci Polacy, którzyby ronili łzy zawiedzionych nadziei na wdzięczność. Ukraińcy i białorusini, ze swego, narodowego punktu widzenia, mieliby zupełną słuszność. Ba, nawet przy pierwszej okazji, po wzmocnieniu swoich państw musieliby się rzucić zbrojnie na Polskę, aby się wyzwolić z wasalnej zależności. To byłby ich elementarny obowiązek narodowy.

Koncepcja federacyjna, wraz z jej łatwymi do przewidzenia konsekwencjami, na szczęście, nie została zrealizowana. Na placu ostał się, niestety, z braku innego, program państwa polskiego z 30-tu, broń Boże więcej, procentami mniejszości narodowych, program urzeczywistniony w bezmińskim traktacie ryskim. Ten program załamuje się w naszych oczach, jak i tamten byłby się załamał po urzeczywistnieniu. Bo oba są minimalistyczne.

30 procent objętych granicami państwa polskiego mniejszości narodowych, to była dawka, którą według obliczeń speców, naród polski, starszy cywilizacyjnie i przeto atrakcyjny dla młodszych, miał dość łatwo w ciągu kilkudziesięciu lat zasymilować. Tylko, że w tym rachunku polonizacyjnym popełniono parę kardynalnych błędów. Błędów anachronicznego myślenia.

Było w tym przede wszystkim sporo szlacheckiej fantazji i sugestii łatwości, z jaką dawna Polska szlachecka wcielała w organizm Rzeczypospolitej obconarodowościowe obszary. Bo Polska przedrozbiorowa, była państwem narodu szlacheckiego. Spolonizować – to znaczyło po prostu pokryć kresowe ziemie siecią polskich dworów. Operacja nietrudna zarówno ilościowo, jak i pod względem odporu na asymilację ułatwiona. Ruski bojarzyn i kniaź, czy litewski panek, więcej czuł wspólnego z polskim szlachcicem, który go dopuścił do swojego herbu, niż z chłopem ukraińskim lub litewskim. W warstwach odgórnych odporność narodowa zawsze jest mniejsza, kosmopolityzm większy, a ciążenie ku słońcu królewskiego dworu (w tym wypadku w Krakowie, a potem w Warszawie) naturalne. Pomieszały się więc prędko rody polskie, litewskie i ruskie, spokrewniły, wykrzyżowały, spolonizowały. Była Polska szlachecka od morza do morza. Po wierzchu. A od spodu chłop. Na ziemiach ukrainnych – ukraiński, w etnograficznej Polsce – polski. Chłop pańszczyźniany, który się nie liczy, który orze, bronuje, sieje pszenicę i żyto, zwozi zbiory do pańskich gumien, któremu za Dniestrem stawia się cerkiewki i mówi się do niego po rusku, a któremu bardziej na zachód wznosi się kościółki i zwraca się do niego po polsku. To przecież nie ma żadnego znaczenia. Chłop – to tylko chłop. Sienkiewiczowski cham. Polska nosiła się dumnie w delji, połyskiwała szabelką, chrzęściła husarskimi skrzydłami.

Krwawo zapłaciła Polska szlachecka za tę krótkowzroczność narodową, za to łudzenie się, że cieniutka warstwa górna może się identyfikować z narodem. Zapłaciła toporom i kosom Gonty, Żeleźniaka, Szeli, zapłaciła abstynencją chłopską w 31-ym i 63-cim roku. Za późno włożył naczelnik Kościuszko sukmanę i zbyt teatralnie, na pokaz. Za późno zrozumiano, że naród – to cały naród. I kiedy po wielkiej wojnie odradzała się nowa Polska – na północy oderwała się od niej chłopska Litwa, a na południu budzić się poczęła chłopska Ukraina. Nie sposób już było wskrzesić Rzeczypospolitej w dawnych, przedrozbiorowych granicach.

Ale jeszcze w tej nowej, okrojonej, wytyczano na mapie kresowych obszarów punkciki z biało – czerwonymi chorągiewkami, punkciki zasięgu polskich dworów, które już coraz mniejsze miały znaczenie i które tracą je z dnia na dzień. Więc też równocześnie sięgnięto do wzorów, wykształconych w XIX-tym wieku u zachodniego sąsiada, w Niemczech, gdzie zaborcza polityka liczyć się już nauczyła z nowoczesną strukturą narodu. Nie wystarczy obsadzić dobra ziemskie junkrami; trzeba kolonizować ziemię chłopską.

Kolonizacja! To był (i jest) wyznanie wiary minimalistów narodowych typu niefederacyjnego; weźmiemy w granicę Polski tyle, ile zdołamy skolonizować i w ten sposób spolszczyć. W XIX-tym wieku ta bismarkowska zasada dała Niemcom wcale dobre rezultaty. Tylko że w XX-tym wieku a zwłaszcza po przełomie wielkiej wojny, już ta metoda nie chwyta. Masy zbyt się unarodowiły, a uczucia, narodowe zbyt pogłębiły, aby mechanicznymi środkami można z niemi podjąć walkę. Osadnicy na ziemi obconarodowej – to przede wszystkim widomy znak krzywdy, to argument propagandy narodowej wśród krzywdzonych, to w konsekwencji – wóz Drzymały, który sam jeden zrównoważył setki niemieckich kolonistów, osadzonych przez komisje kolonizacyjną w Poznańskim.

Nie na wiele się dziś zdaje arytmetyka kolonizacyjna, obliczanie, że w tym a w tym powiecie już jest osadników więcej, niż miejscowych, że za rok będzie ich jeszcze więcej itd. Spraw narodowych nie rozstrzyga liczba. To są sprawy natury duchowej, niewymierne statystycznie. Gdzie choć jeden Polak został, tam jeszcze Polska. Jeśli sami w to wierzymy, dlaczego nie chcemy rozumieć, że to samo może być wiarą innego narodu? I wiarą, przy dzisiejszym, nowoczesnym napięciu uczuć narodowych, skuteczną.

Toteż konsekwentny program eksterminacyjny w XX-tym wieku, to tylko ten, który zastosował Kemal Pasza wobec Ormian w Turcji. Wyrżnął ich do nogi. Ale wątpię, czy znalazłby się choć jeden Polak, któryby ten turecki system mógł nawet na jedną sekundę dopuścić w rozumowaniu.

Współczesna ideologia narodowa tak, jak ją rozumiemy i czujemy w Europie, różni się bardzo znacznie od tego, co chrzci się mianem szowinizmu, czy też bardziej nowocześnie: megalomanii narodowej. Być narodowcem, to nie znaczy wcale uważać, że mój naród, jest na świecie czymś jedynie najlepszym i najwyższym; jest natomiast czymś najdroższym i najbliższym sercu. Stąd płynie szacunek narodowca dla idei narodowej każdego innego narodu, co różnym głupkom daje okazję do kiepskich dowcipów na temat międzynarodówki nacjonalistycznej. Ta „międzynarodówka” jest po prostu poczuciem wspólności pewnego typu psychicznego. Będąc narodowcem muszę szanować uczucia narodowe innych. Wiem, że rodzą się one z tych samych pobudek moralnych. Niema takiego dobrego prawa, które by mi pozwoliło zwracać się przeciwko temu u obcych, co dla mnie samego jest najdroższe.

Ale nacjonalizmy różnych narodów, zwłaszcza sąsiedzkich, zwłaszcza zachodzących na siebie na pogranicznych terenach mieszanych, mają sprzeczne interesy. I tu się zawiązują konflikty tragiczne. Nacjonalizmy dawnego szowinistycznego typu rozwiązywały je wilczym prawem silniejszego. Kto kogo zmoże, kto kogo wytrzebi, kto potrafi więcej cudzej ziemi skolonizować. Nacjonalizm nowoczesny rozwiązuje te konflikty inaczej: tworzeniem idei całkującej. Taką ideę znalazły np. Niemcy hitlerowskie w nordyźmie, w wizji przyszłego imperium nordyckiego, ogarniającego narody, które da się dla koncepcji nordyzmu pozyskać i stopić w jeden wielki nowy naród.

Narody, które nie stworzą swojej wielkiej idei, wybiegającej poza programik zachowania narodowości i zaokrąglania swych terytoriów kresową kolonizacją, coraz mniej realną w dzisiejszych warunkach, bo nie znajdującą żadnego oparcia moralno-narodowego, staną się łupem propagandy ideowej tworzących wielkie koncepcje dziejowe sąsiadów.

Polska, z natury swego położenia geograficznego, znajduje się w położeniu szczególnie groźnym, ujęta w kleszcze imperializmu nordyckiego Niemiec i imperializmu komunistycznego Rosji sowieckiej. Ale nie tylko Polska. W jeszcze groźniejszym położeniu znajduje się Ukraina. Ta, której nie ma na mapie, ale która przecież jest jako Naród ukraiński.

Właśnie my, narodowcy polscy, mamy obowiązek mówić o tym najgłośniej, że jest naród ukraiński, że żyje i walczy o swe prawo do życia. Bo my to najlepiej zrozumieć i odczuć możemy. My, którzy dumni jesteśmy z odporności narodu polskiego w stukilkudziesięciu latach rozbiorów, my, którzy dożyliśmy powrotu na łono ojczyzny polskiego Śląska przez sześćset lat niewoli niestrawionego przez Niemców – my właśnie musimy rozumieć i cenić heroiczny wysiłek narodu ukraińskiego, od setek lat nie posiadającego własnej państwowości, rusyfikowanego, polonizowanego, rozdartego, a trwającego.

I niech nam nie zasłania tej oczywistej prawdy tragiczny splot narodowościowy w Małopolsce Wschodniej. Ten splot jeszcze się kiedyś szczęśliwym i dla nich i dla nas okaże. I nie starajmy się sprowadzić zagadnienia do terminu: „sprawa ruska w Galicji”. To termin ukuty w czasach naszego minimalizmu narodowego, to pojęcie zaczerpnięte z dziewiętnastowiecznego nacjonalizmu, który uległ sugestii skuteczności bismarkowskich metod kolonizacyjnych w rozwiązywaniu problemu terytoriów mieszanych. I skończmy z bajeczką, stworzoną w najlepszej wierze przez naszych ojców, że Rusini, to jakiś podszczep polski, posługujący się gwarą, pozostającą w takim stosunku do polszczyzny, jak np. gwara kaszubska. To nieprawda. To naród z własnym językiem. I dajmy wreszcie spokój tej małostkowości w nazywaniu ich Rusinami, kiedy oni sami chcą się nazywać Ukraińcami. To ich rzecz, choć mnie osobiście może się zdawać, że Ruś Jarosławów i Światopełków ma znacznie wspanialsze i starsze tradycje historyczne, niż Ukraina Chmielnickich i Nalewajków.

Przede wszystkim jednak zacznijmy myśleć o sprawie ukraińskiej nowocześnie. To wielka sprawa. I dla nich i dla nas. A zrozumieć ją można tylko wówczas, gdy się wprzód pomyśli o niej kategoriami nowoczesnego Polaka, a potem skontroluje siebie samego rozumowaniem: co bym myślał i czuł, gdybym był Ukraińcem, gdybym był nacjonalistą ukraińskim.

Ale jeszcze przedtem wspomnienie z dzieciństwa:
Był u nas kiedyś w domu (jak chyba w każdym domu inteligenckim przed wojną – taka była moda) pękaty album z pocztówkami. Ojciec, który dużo podróżował, przywoził zawsze ze sobą z kraju i z zagranicy kolekcje widokówek, które przy asyście całej naszej dziecinnej gromadki, wkładał do owego albumu. Z tego albumu uczyłem się pierwszych wiadomości z geografii, jak z drugiego albumu, zawierającego pocztówki z reprodukcjami dzieł malarzy polskich i obcych, uczyłem się początków historii sztuki.

Raz jakoś wypadła ojcu droga przez Mysłowice. Przywiózł stamtąd pocztówkę, której każdy szczegół pamiętam po dziś dzień. Pośrodku widoczek, zdjęcie fotograficzne zbiegu ówczesnych granic Rosji i Niemiec i Austrii. Drei-Kaiser-Ecke. U góry trzy owale z podobiznami cesarskimi: bokobrody Franza Josepha, iglaste, wyszwarcowane wąsiki Wilusia, melancholijna bródka Mikołaja. U dołu pocztówki fantazyjnie wygięta wstążka białego, niezadrukowanego miejsca na wypisywanie pozdrowień.
Wpisał tam ojciec przy nas dwuwiersz własnej kompozycji:

Gdy Polak dobędzie szabli,

To wszystkich trzech wezmą diabli.

Z tym napisem pocztówka powędrowała do albumu. Ileśmy się strachu najedli jako dzieci, żeby jakaś rewizja austriacka nie wykryła tego oczywistego dowodu zdrady głównej! Ale tym bardziej wierszyk na pocztówce wrył się nam w pamięć. Pamiętałem go w chwili wybuchu wojny światowej; stał mi przed oczyma pod jej koniec, gdy ziścił się w cudowny sposób. Potem już nie powracałem do niego myślą. Stare wspomnienie zgasło.

Aż tego roku, podczas krótkich wakacji w Zaleszczykach, widokówka z Drei-Kaiser-Ecke znowu, rykoszetem myślowym, przypomniała się pamięci.

Sprawiły to, pobliskie Zaleszczyk, Okopy św. Trójcy. Zawsze dotąd kojarzyły mi się raczej z Nieboską Komedią. Tam na miejscu uświadomiłem sobie ich nową, dzisiejszą treść: zbieg granic Polski, Sowietów i Rumunii.

A poza trzema kordonami ten sam chłop ukraiński, w takim samym wyszywanym kożuszku, w takich samych łapciach, tym samym mówiący językiem, tak samo po ukraińsku czujący. Rozdarta na trzy części Ukraina. Nie; na cztery. Bo jeszcze nie daleko, za sinym pasmem Karpat, czechosłowacka Ruś zakarpacka. Poćwiartowany naród.

– Stop! Ani słowa więcej. Domyślamy się już, do czego to zmierza! Wstyd! To podstępne wygrywa­nie uczuciowych wspomnień z czasów naszych rozbiorów – dla propagandy niepodległej i zjednoczonej Ukrainy. Więc może mamy oddać Małopolskę Wschodnią i Lwów?
Oddać? Lwów? Nigdy! „Nic nie mamy do oddania, jeśli zaś w szczególności o Lwów chodzi. Ja byłbym ostatnim, który by taką myśl dopuścił. Urodziłem się we Lwowie, To mój kraj rodzinny. Najściślejsza ojczyzna. Nie, Lwowa nie możemy oddać za nic. Ale właśnie dlatego, że Lwów tak mi jest drogi, rozumiem, że i oni wyrzec się go nie mogą. Bo sądzę, że stojąc na Wysokim Zamku i chłonąc z bijącym sercem cudowny, najdroższy widok spowitego w mgły miasta, mamy te same uczucia, ja i ten narodowiec ukraiński, w którego wczuć się trzeba, aby problem ukraiński przemyśleć do dna. Innych może tylko wypatrujemy punktów w kamiennej sylwecie miasta: ja smukłej wieży katedry, on masywu cerkwi św. Jura. Tej cerkwi, która będąc sacrosanctum zachodniej Ukrainy, jest zarazem jednym z najpiękniejszych zabytków polskiego baroku. Tak się tu, wszystko dziwnie plecie i zazębia o siebie na tej ziemi.

Nie sposób nic zrozumieć z kwestii ukraińskiej, jeśli sobie nie uświadomić, że narodowcy ukraińscy tak samo czują i myślą po ukraińsku, jak my czujemy i myślimy po polsku. I choćby nawet można było mieć pewne wątpliwości, czy świadomość narodowa jest w narodzie ukraińskim dostatecznie szeroko rozbudzona, choćby nacjonalistów ukraińskich uważać za garstkę, to napięcie ofiarności, poświęcenia i bohaterstwa tej garstki jest tak oczywiście wielkie, że wystarczy nie tylko do wskrzeszenia, ale nawet do stworzenia narodu. To jest pewnik w XX wieku, wieku budzenia się narodów, wieku powstawania państw narodowych, wieku, którego symbolem jest Irlandia.

Na początku tego wieku, na terytorium mieszanym, w naszej Małopolsce Wschodniej i w ich Zachodniej Ukrainie, musiało dojść do konfliktu między nacjonalizmem polskim i nacjonalizmem ukraińskim. Myśmy musieli bronić Lwowa – i oni musieli próbować stworzyć pod koniec zawieruchy wojny światowej niezawisłe państwo ukraińskie. To był naturalny bieg rzeczy. I oni się nie mogą tej myśli wyrzec, a my im nie możemy nic darować.

Możemy tylko – pójść razem.

Wiem, że brzmi to w tej chwili fantastycznie i utopijnie. Za dużo się po obu stronach nagromadziło nienawiści, wzajemnych słusznych pretensyj, bólów i zadr. Czy mogą iść razem – wrogowie? Zwłaszcza, gdy my, Rzeczpospolita, jesteśmy silni i mocni, trzymamy ich w garści – a oni, mają poczucie narodu wziętego w niewolę? Jakie elementy w społeczeństwie ukraińskim mogą w tych warunkach współdziałać z Rzeczpospolitą?

Zakończenie skonfiskowane przez sanacyjną cenzurę

Stanisław Piasecki

Przedruk za: „Prosto z Mostu” nr 51 z 1935 roku. Uwspółcześniono pisownię

Od redakcji pisma „Wszechpolak”:

Fakt powstania za wschodnią granicą Rzeczypospolitej w roku 1991 dwóch nowych niepodległych państw, Białorusi i Ukrainy, nie doczekał się jak dotąd we współczesnej myśli narodowej odpowiedniej oceny geopolitycznej. Najczęściej spotykanym punktem widzenia jest uwspółcześnianie międzywojennej publicystyki Romana Dmowskiego i odnoszeniem jej do obecnych warunków. Ma ona jednak jedną, ale zasadniczą wadę, sprawiającą, że nie może być przytaczana bezkrytycznie i interpretowaną podręcznikowo. Tą bowiem, że powstawała w zupełnie odmiennej sytuacji, gdy państw tych nie tylko nie było na mapie Europy, lecz nawet nic nie zapowiadało, że kiedykolwiek powstaną. Ówczesne przekonanie o prawdopodobieństwie ich wyodrębnienia się, można porównać do dzisiejszej możliwości wybicia się na niepodległość narodu łużyckiego za naszą zachodnią granicą.

Dziś, gdy minęło piętnaście lat od powstania Ukrainy i Białorusi i gdy dorastają pierwsze pokolenia wychowane w tych niepodległych państwach, warto wrócić znów na chwilę do historii, by przypomnieć ewolucję polityki polskiego ruchu narodowego wobec innego państwa z którym dziś graniczymy, Litwy.

Stosunek do niej w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy ten od sześciu wieków związany z Polską politycznie i kulturowo kraj wybił się na niepodległość, był bardzo podobny do tego jak dziś niektórzy publicyści narodowi odnoszą się do Białorusi i Ukrainy. Lecz, po upływie kilkudziesięciu lat, w roku 1946, ustami największego ucznia Romana Dmowskiego, Jędrzeja Giertycha, ruch narodowy, zawsze wyżej stawiający rozum niż emocje, w ten oto sposób odniósł się do kwestii istnienia państwa litewskiego: „Czy podoba się nam to, czy nie podoba, wyodrębnienie narodowe Litwy jest już faktem dokonanym, z którym liczyć się musimy, jako z istniejącą rzeczywistością”.

Współcześnie także musimy uznać fakt, że istnienie Ukrainy i Białorusi jest czymś trwałym. I zadaniem naszym jest ułożyć sobie jak najlepsze sąsiedzkie stosunki z tymi narodami, tak niegdyś nam bliskim, z którymi nie tylko wiele nas dzieliło, jak to niektórzy z lubością co raz podkreślają, ale także – i to nieporównywalnie więcej – łączyło. Zadanie to wcale nie będzie – szczególnie w przypadku Ukrainy, która buduje własną tożsamość narodową w dużej mierze opierając się na historii zbrodniczej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – łatwe. Ale jest konieczne i stanowi dziś jedno z największych wyzwań jakie staje przez współczesnym ruchem narodowym.

Przypominamy dziś tekst redaktora naczelnego najpoczytniejszego tygodnika kulturalnego II RP „Prosto z Mostu” Stanisława Piaseckiego z 1935 roku. Jednego z największych w międzywojennym ruchu narodowym propagatorów współpracy polsko-ukraińskiej, a – co szczególnie warte podkreślenia – mieszkańca Lwowa, miasta niemalże świętego dla obu rywalizujących o nie narodów. Nie czynimy tego by zmieniać historię, lecz by zmieniać przyszłość – gdyż tekst ten wydaje się o wiele bardziej współczesny dziś, niż był siedemdziesiąt lat temu…

Komentarz pochodzi z “Wszechpolaka” z 2006 roku.

Check Also

Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy

„Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy” – grzmiał prokurator o egzotycznej, bliskowschodniej urodzie przebrany w …