Home / Znalezione / Robert Winnicki: “Przeciwko politycznemu mesjanizmowi”

Robert Winnicki: “Przeciwko politycznemu mesjanizmowi”

Traumatyczne przeżycia osobiste pozostawiają mocny ślad w ludzkiej psychice – podobnie silne wstrząsy społeczne odciskają swoje piętno na psychice narodu. Tak jak życie prywatne człowieka, tak i przyszłe życie zbiorowości, zależy od tego, jak umie ona radzić sobie z owymi wstrząsami, w jaki sposób podchodzi do doświadczającego ją losu. Tutaj jednak podobieństwa się kończą; prywatnie bowiem człowiek może zdecydować o tym, że w związku z jakąś szczególnym wydarzeniem, sformatuje, skalibruje swoje życie pod to jedno zagadnienie. Jego sprawa.

Zupełnie inaczej jest ze społeczeństwami, z narodem. W przypadku ludzkiej zbiorowości, nikt, kto jest za nią (choćby cząstkowo) odpowiedzialny, nie może pozwolić sobie na szafowanie jej bytem. Gdy mówimy o świadomym kształtowaniu oblicza narodu, to myślimy przede wszystkim o odpowiedzialności jego elit, to one bowiem, stanowią (lub powinny stanowić) odpowiednik ludzkiego umysłu – centrum świadomości i zarządzania wolą. Naród działa na podobieństwo organizmu ludzkiego, a żaden zdrowy ludzki umysł nie będzie kierował organizmem w kierunku jego zniszczenia bądź celowej wegetacji. Niestety, nie dla wszystkich jest to oczywiste.

Nie jest to oczywiste dla liberałów, a mianem tym określam wszystkich, którzy partykularne dobro jednostki, jej prywatny egoizm, przedkładają nad wartość i interesy wspólnoty. Nie wgłębiając się w szczegółowe, ideologiczne rozważania – takie myślenie, myślenie kategoriami liberalnymi, jednostkowymi, kategoriami dobra i szczęścia prywatnego, zdecydowanie w dzisiejszej Polsce dominuje. Nie o tym jednak chciałbym w tym miejscu mówić.

Ciągle obecnym w polskim społeczeństwie fenomenem jest fakt, że liberalizm jest u nas jeszcze nieugruntowany, a poza obszarami jego dominacji pozostają całkiem spore obszary życia społecznego. Nie jest to większość – wydaje się, że Polacy myślący kategoriami wspólnotowymi o życiu politycznym stanowią mniejszość, ale mniejszość na tyle jeszcze dużą, że, wobec zasadniczej bierności większości liberalnych mas, potencjalnie zdolną do skutecznego forsowania swoich interesów. Aby ów potencjał realizować, niezbędne są jednak elity, które ową „wspólnotową” mniejszość poprowadzą. I tu zaczyna się problem.

Problem ten dotyczy samego rdzenia polityczności, czyli, użyję tu swego ulubionego zwrotu – technologii myślenia politycznego. Politycznego czyli:
a) skierowanego na dobro wspólne,
b) zorientowanego na zdobycie i sprawowanie władzy,
przy czym władzy tej nie należy postrzegać wyłącznie przez pryzmat opanowania organów publicznych, ale przez szeroki wpływ na kształtowanie życia społecznego w jego różnorodnych przejawach.

Do sedna. Po pierwsze – stwierdziłem, że liberalne prądy rozkładowe nie dotknęły Polski jeszcze w takim stopniu, jak kraje zachodnie, czyli, że istnieje ciągle w naszym kraju potencjał polityczny do tego, by realizować interes narodowy. Po drugie – że niezbędne jest istnienie elity, która tą część społeczeństwa będzie w stanie zorganizować i poprowadzić. Po trzecie – że o zdolności takiej elity do odgrywania roli „zdrowego umysłu” w narodowym organizmie decyduje przyświecający jej sposób myślenia politycznego. W tym kontekście należy stwierdzić, że „wspólnotowa mniejszość” naszego narodu, została, niestety, zdominowana przez elitę, która odrzuca zdroworozsądkową technologię myślenia politycznego.

Nie inaczej, jak odrzuceniem zdrowego rozsądku, nazwać można wczorajszy artykuł Wojciecha Wencla w „Naszym Dzienniku”. Warto przytoczyć jeden z bardziej szokujących ustępów tego tekstu, dla zobrazowania całości: „Dla nas [Polaków] przewidziano co innego: brak stabilizacji, tymczasowość, rzadkie sukcesy polityczne i gospodarcze, częstsze porywy ducha, a okresowo traumatyczne doświadczenia, przypominające nam, kim jesteśmy. A jesteśmy ością w gardle tego świata.” Jest to zaledwie drobna próbka tego, czym całość artykułu jest w pełnej krasie – otwartym manifestem politycznego mesjanizmu. Ten sam mesjanizm widoczny jest m.in. u jednego z bardziej wziętych ostatnimi czasy pisarzy „wspólnotowej mniejszości” – Jarosława Marka Rymkiewicza. Autorzy ci postulują faktyczną rezygnację z walki o władzę w państwie i na arenie międzynarodowej w imię swoistego „poświęcenia” się narodu. Próbują wmówić nam jakąś obłędną, metafizyczną logikę afirmowania słabości i bezradności Polaków, w imię mglistego „dawania świadectwa”.

Nie jest to, niestety, wyłącznie poezja czy literacka fikcja – ciężko powiedzieć, jakim planem politycznym kieruje się dziś partia, będąca reprezentantem „wspólnotowej mniejszości” na scenie politycznej, czyli PiS, wydaje się jednak, że ów plan został zastąpiony swego rodzaju misyjnością, której ducha oddaje przytoczony wyżej cytat. Najlepszy opis owego stanu rzeczy daje ostatnimi czasy niezawodny Rafał Ziemkiewicz, do jego publicystyki więc odsyłam, by nie zajmować tu miejsca powtórzeniami. Nie bez kozery wspomniałem w tym miejscu jego nazwisko, jest on bowiem tym publicystą, utożsamianym [i utożsamiającym się] ze „wspólnotową mniejszością”, który, rzucił otwarte wyzwanie politycznemu mesjanizmowi. W tekście kończącym się sformułowaniem „Dmowski musi nadejść!” rozpoczął swoistą rekonkwistę wewnątrz środowiska, które, pozostając w kleszczach pomiędzy potężną, liberalną, antynarodową platformą i sprzymierzonym z nią establiszmentem, a słabnącym, mesjanistycznym, ale jednak wspólnotowym PiSem, opowiadało się za tym ostatnim. Symptomy tej rekonkwisty widać było już wcześniej, choćby w polemikach redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, Pawła Lisickiego, z Jarosławem Kaczyńskim. Ziemkiewicz był jednak tym, który otwarcie wskazał endecką myśl polityczną jako tą, do której można się odwołać (a raczej trzeba, bo innej, mogącej dać kompleksowe i adekwatne odpowiedzi, po prostu nie ma), walcząc o wspólnotę, posługującą się zdroworozsądkowym oglądem sytuacji.

Warto zauważyć, że owo przywołanie „szkoły Dmowskiego”, wraz z jednoczesnym zastosowaniem przez postacie takie jak Wencel czy Rymkiewicz, mesjanistycznej retoryki wyjętej żywcem z Mickiewicza, sprawiło, że spór o kształt polskiego patriotyzmu wrócił po wielu latach w zaskakująco znanych formach (w schemat ten np. wpisał się ostatnio Łukasz Warzecha, piszący o Rymkiewiczu). Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się aż tak dosłownego zanurzenia w historię, w naszych dzisiejszych zmaganiach – o ile bowiem technologia myślenia Dmowskiego jest zdecydowanie ponadczasowa, o tyle mesjanizm polityczny właściwie jedno ma imię, a wyrażony wprost, brzmi dziś nie tylko groteskowo, ale i archaicznie. Tym większe było moje zdumienie, gdy wspomniani autorzy zechcieli wyrazić go właśnie wprost! Z mojego punktu widzenia to zresztą lepiej – bo tak naprawdę, pisanie o mesjanizmie, jako o „politycznym”, jest pewnym nadużyciem. Najlepiej widać to na przykładzie tekstu Wencla, który de facto odrzuca jakąkolwiek ideę dobra wspólnego (cierpienie może być swego rodzaju dobrem dla jednostki, ale promowanie cierpiętnictwa jako „publico bono” wspólnoty to pomylenie pojęć) i neguje potrzebę walki o byt narodu. Wencel, podobnie zresztą jak Rymkiewicz, choć zwracają się do wspólnoty politycznej, to swoimi wypowiedziami dyskwalifikują się jako ludzie mogący stawiać tej wspólnocie jakiekolwiek wskazówki czy dyrektywy.

Co więcej, jeśliby potraktować serio słowa, jakimi Wencel traktuje katastrofę smoleńską („dziejowe przeznaczenie”), to należałoby w zasadzie zaprzestać starań o racjonalne zbadanie wszystkich jej kulisów, przeprowadzenia transparentnego śledztwa, czy choćby zarzucić takie minimum, jak domaganie się od rządu polskiego zajmowania podmiotowej postawy w relacjach z Rosją. Czy to ważne dlaczego doszło do katastrofy, skoro i tak była ona naszym „dziejowym przeznaczeniem”?

Na szczęście, ostrość, z jaką w elicie „wspólnotowej mniejszości” ujawnił się syndrom mesjanizmu, daje nadzieję na otrzeźwienie i wypracowanie alternatywy, również z udziałem niektórych spośród osób, które, sytuując się w orbicie PiSu, nie widziały dla siebie miejsca wśród liberałów, ale nie dostrzegały też odpowiedniej, nie-mesjanistycznej przestrzeni w ramach „wspólnotowej mniejszości”. Dostrzegalne są sygnały, że na różnych poziomach, zaczęła się powoli kształtować elita, która otwarcie rzuca wyzwanie „wariackiemu” patriotyzmowi. Warto jednak pamiętać, że dla sukcesu owej elity nie wystarczy sam fakt pogrążania się politycznego mesjanizmu w paranoi.

Z przekorą można powiedzieć, że potencjalna, nowa elita „wspólnotowej mniejszości” w Polsce sama musi się wyzwolić od wielu, swego rodzaju, własnych paranoi, jakie ideową prawicę (bo narodowa wspólnotowość to w naszym kraju zasadniczo – prawicowość, SLD jest w naszych warunkach forpocztą liberalizmu) zwykły trapić. Rzeczywista elita jest bowiem elitą służby, a nie, jak chcieliby niektórzy, posługujący się, wobec ogarniętych mesjanistyczną gorączką prostaczków, językiem Niesiołowskiego, elitą pogardy i pychy. Jeśli mamy promować zdroworozsądkową technologię myślenia politycznego, to nie możemy stosować języka, który będzie odbiciem języka mesjanistów, tylko o przeciwnym wektorze. Skuteczność narzucenia „wspólnotowej mniejszości” zdrowego kręgosłupa politycznego wymaga działania niejako od wewnątrz, ponieważ agresywne połajanki, a zwłaszcza wchodzenie w sojusze (nawet taktyczne) z liberałami, muszą się skończyć trwałymi podziałami, których zasypywanie pochłonie zbyt wiele czasu i energii, by odnieść zwycięstwo w skali państwa.

Robert Winnicki

Check Also

Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy

„Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy” – grzmiał prokurator o egzotycznej, bliskowschodniej urodzie przebrany w …