Home / Znalezione / Festiwal narodowej nieodpowiedzialności – o „sprawie krzyża”

Festiwal narodowej nieodpowiedzialności – o „sprawie krzyża”

Mówiąc o sprawie krzyża pod pałacem prezydenckim, będącego symbolem narodowej żałoby po katastrofie 10 kwietnia, łatwiej jest opisać społeczne emocje i konkretne wydarzenia, niż uchwycić ich sedno i rzeczywiste znaczenie. Niemniej jednak cała ta sytuacja ma i mieć będzie konkretne skutki dla życia narodu, dlatego warto pokusić się o wstępne diagnozy.

Pierwszą rzeczą, jaką należałoby nakreślić, jest odpowiedź na pytanie: na kim spoczywa odpowiedzialność za taki, a nie inny rozwój sytuacji? Wydaje się, że na wszystkich stronach konfliktu, niemniej jednak główną odpowiedzialność ponosi Kancelaria Prezydenta (działanie z rozmysłem) mniejszą – władze Kościoła, wreszcie PiS i obrońcy obecności krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

O tym, że przeniesienie krzyża bez jakiejkolwiek “rekompensaty” w postaci symbolicznego upamiętnienia ofiar narodowej katastrofy w tym miejscu wzbudzi zdecydowany opór, wiadomo było na długo przed 3 sierpnia, czyli dniem próby jego przeniesienia – nie chcę wchodzić w kwestię zasadności tego oporu, wydaje się jednak jasnym, że PO dąży do zminimalizowania pamięci o Smoleńsku, z tych samych zresztą powodów, dla których PiS dąży do jej maksymalizowania. Obrońcy krzyża wystąpili przeciwko owym próbom minimalizowania, a jednocześnie chcieli, by uznano ich za podmiot w toczących się na jego temat rokowaniach.

Ze względu na ową postawę środowiska platformy, a także wskutek zaniedbań i postawy „na kolanach”, jaką od początku w stosunku do Rosjan zajmuje w sprawie śledztwa rząd Tuska, można było przypuszczać, że zagrożenie, związane z brakiem upamiętnienia katastrofy w tym miejscu, które po 10 kwietnia zyskało znaczący wymiar symboliczny, było realne. Oczywistym jest, że takie miejsce pamięci pod pałacem znaleźć się powinno.

Kancelaria Komorowskiego celowo zignorowała ewidentne oczekiwania części opinii publicznej, nie próbując nawet z tymi ludźmi podjąć dialogu; niestety, również Kościół przeszedł nad swoimi wiernymi “do porządku dziennego” i popisał się, nie po raz pierwszy, kompletnym brakiem wyczucia w sprawach społecznych. Ze smutkiem należy stwierdzić, że hierarchów i kapłanów nie było z ludem – zarówno z tym, który przychodził by krzyża bronić, jak i tym, który potrafił pokazać swoją zapitą i znarkotyzowaną, lewacką twarz, w miniony poniedziałek. W zaciszu gabinetów zapadły decyzje nie liczące się ze społecznymi emocjami, co musiało przynieść fatalne skutki.

Obrońcy krzyża (pisząc to mam na myśli nie tylko wąską grupę, która bezpośrednio zablokowała próbę jego przeniesienia, ale wszystkich myślących w ten sposób) doświadczyli poczucia skrajnego lekceważenia i zamachu na ważny symbol; doprowadziło to rzecz jasna do frustracji – każdy myślący człowiek wiedział, że to musi skończyć się źle, a władze miały obowiązek wziąć i, wg mnie, brały to pod uwagę, celowo dążąc do konfrontacji. Konfrontacji, której eskalacją były wydarzenia z ostaniego poniedziałku, kiedy to, kierowany przez lewaków, będący pod wpływem alkoholu i środków odurzających motłoch, profanował symbole religijne i mieszał z błotem narodową tożsamość.

Trzeba to podkreślać z całą mocą – odpowiedzialność za spokój i porządek społeczny ciąży na władzach państwa i miasta; zadaniu temu władze w sposób kompromitujący nie sprostały, przede wszystkim, jak sądzę, z powodu partykularnych kalkulacji politycznych. Platforma, dążąc do kompromitacji PiSu i ludzi z nim kojarzonych, pozwoliła na niepokoje społeczne. Jarosław Kaczyński, na przygotowane przez przeciwników pole wlaki wkroczył z całym impetem i… ugrzązł, bo przyjmując takie a nie inne warunki gry politycznej, nie mógł zrobić nic innego. Dlatego też piszę o odpowiedzialności PiSu, który nie potrafił wzbić się ponad bieżące emocje rządzące tą sprawą.

Dziś Kancelaria Prezydenta zamontowała tablicę nieopodal miejsca, w którym trwa obrona krzyża. Sposob w jaki to zrobiono – nagle, po cichu, bez należytej staranności, świadczy o tym, że nie był to gest dobrej woli. Tablicę zamontowano by wytrącić obrońcom krzyża z ręki argumenty i trzeba powiedzieć, że pomimo fatalnego stylu, ponownie naznaczonego arogancją, argumentów za dalszym trwaniem przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu nie ma. Dalszy upór w tej sprawie może tylko Polsce i polskiemu katolicyzmowi szkodzić.

Przedstawiciele Konferencji Episkopatu słusznie stwierdzili na popołudniowej konferencji prasowej: “Dziękujemy wszystkim ludziom dobrej woli za przejawy szacunku wobec znaków krzyża, gdziekolwiek byłyby ustawiane, ale jednocześnie apelujemy do wszystkich, którym drogi jest ten święty znak zbawienia i którym leży na sercu dobro Ojczyzny, o natychmiastowe zaprzestanie gorszących sporów. Znak krzyża nie może być środkiem do osiągania najsłuszniejszych nawet celów drugorzędnych. […] Modlącym się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu zwracamy uwagę, że w zaistniałej sytuacji stają się, mimo swej najlepszej woli, politycznym punktem przetargowym stron konfliktu. Dlatego po decyzji władz o uczczeniu pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej prosimy o przeniesienie krzyża w godne miejsce, przygotowane w kaplicy katyńskiej Kościoła św. Anny, które stanie się jeszcze jednym miejscem modlitwy i refleksji nad kwietniową tragedią. Odwołujemy się do roztropności wszystkich, którym krzyż jest drogi jako symbol religijny, by nie dawali środowiskom i ugrupowaniom wrogim religii pretekstu do ujawniania braków tolerancji, do poniżania krzyża, ośmieszania wiary i lekceważenia ludzi.”

Podsumowanie

Niewątpliwym beneficjentem całej tej sytuacji jest lewica; na ulice Warszawy wyszły wszak tłumy, które wprost manifestowały swoją pogardę dla religii, szacunku wobec historii i narodowej tożsamości. Doszło do swoistej, chwilowej detonacji potencjału, który od lat kumuluje się w polskim społeczeństwie – potencjału liberalizmu, nihilizmu i fobii wobec własnej wspólnoty narodowej. Wrzód na gnijącej tkance społeczeństwa pękł i istnieje zagrożenie, ze będzie się rozlewać. Nie wiem, czy to już widmo zapateryzmu, niemniej jednak jest to widoczny znak pęknięcia, które dotyka naród w najgłębszej warstwie jego samoidentyfikacji.

Beneficjentem jest również platforma – jako formacja zbudowana zasadniczo przez ludzi bez poglądów, o bardzo zawężonym horyzoncie widzenia spraw publicznych, nie jest ona zainteresowana realizowaniem jakiejkolwiek konkretnej wizji państwa, stąd wymienione wyżej zagrożenia są dla niej totalnie obojętne. Jeśli dyskurs publiczny „zlewaczeje”, to bez mrugnięcia okiem zlewaczeje też i platforma – nie o idee wszak chodzi, a o korzyści ze sprawowania władzy.

Przegranym jest niewątpliwie Kościół. Sprawa krzyża obnażyła z całą moca nie tylko kryzys przywództwa w polskim katolicyzmie, gdy okazało się, że żaden z hierarchów nie posiada odpowiedniego autorytetu, by wypowiedzieć się odważnie, zdecydowanie, a jednocześnie z należytym wyczuciem. Co więcej, żaden chyba nawet do niego nie aspiruje… Obnażyła również kryzys duszpasterski – podczas ważnych wydarzeń w Polsce księża zawsze byli z ludem – czasami nawet po różnych stronach społecznych i politycznych barykad, ale byli właśnie tam – u dołu. Po roku 89 duszpasterstwo wydaje się okopywać w swoistym „zarządzaniu sferą religijną”, a poszczególne kręgi katolickie zamykają się we własnych kółkach wzajemnej adoracji, oddalając się jednocześnie od znacznej części laicyzującego się społeczeństwa. Podczas trwającego kryzysu objawiło się to z całą mocą.

Jaki wniosek płynie z tego dla Polski – oczywisty i wielkorotnie wcześniej powtarzany; żyjemy w kraju pozbawionym właściwie elit politycznych, intelektualnych i duchowych zdolnych do budowy stabilnego i silnego państwa. Zdeprawowana, pozbawiona szerszych horyzontów klasa polityczna, zadowolone ze status quo, ospałe duchowieństwo, kosmopolityczna i zdemoralizowana inteligencja,
bezkarne, chuligańskie wybryki antyklerykalnego motłochu na ulicach stolicy – taki ponury obraz wyłania się ze „sprawy krzyża”.

Czym jest dla nas – narodowców – owa diagnoza? Niczym innym jak zadaniem. Zadaniem twardej walki o odbudowanie wielkości narodu i odtworzenie jego elity, walki prowadzonej z gorącym sercem i chłodnym umysłem.

Robert Winnicki
12.08.2010 r.

Check Also

Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy

„Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy” – grzmiał prokurator o egzotycznej, bliskowschodniej urodzie przebrany w …