Home / Znalezione / O zadaniach Młodzieży Wszechpolskiej

O zadaniach Młodzieży Wszechpolskiej

Wrocław, 30.06.2010 r.

robertWojciech Wierzejski, jeden z byłych prezesów MW, opublikował tekst, w którym pisze o „zadaniach MW”. Wśród zmian, jakie uważa za konieczne do wprowadzenia w naszej organizacji, wymienia dwie rzeczy: aktywny, jednoznaczny udział w kampaniach wyborczych i partyjnym życiu politycznym kraju, a także zaprzestanie „podważania autorytetu zasłużonych w przeszłości działaczy”. Wojciech Wierzejski kreśli przy tym obraz historii MW po roku 89 przez pryzmat jej udziału w kolejnych kampaniach wyborczych w latach 90-tych i życiu politycznym kraju po roku 2001.

Kampanie

Jaki obraz MW wyłania się z tej wizji? – przede wszystkim jako organizacji politycznej; nie społecznej, wychowawczej, będącej inkubatorem narodowej myśli i formacji, nie, te zadania mielibyśmy realizować niejako „przy okazji”. Co oczywiste, taka wizja zakłada, że zadania związane z pracą społeczną są wtórne i podporządkowane bieżącej walce politycznej. Gdyby ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, to odsyłam do praktyki działania MW w latach 2001-2007. Ciężko zresztą sobie wyobrazić, by mogło być inaczej – wszak Wojciech Wierzejski pisze o: „uczestnictwie w kampaniach wyborczych, które w warunkach polskich są prawie co rok (1990, 1991, 1992, 1993, 1994, 1995, 1997, 1998, 2000, 2001, 2002, 2004, 2005, 2007, 2009, 2010)”, by w innym miejscu stwierdzić: „kampanie to aktywność na najwyższych obrotach, pełne zaangażowanie czasu, emocji, sił”. Jeśli kampanie są co niemal co roku i wymagają całkowitego zaangażowania sił i środków, to jasnym jest, że to wokół nich właśnie „kręci” się życie organizacji. Dodajmy do tego fakt, że każdą kampanię trzeba przygotować na co najmniej parę miesięcy przed jej rozpoczęciem, a następnie zmierzyć się z jej rezultatami, podsumować, rozliczyć porażkę lub skonsumować sukces. Na kampaniach rzecz się bowiem nie kończy – chcąc tego lub nie, młodzi, często bardzo młodzi, a prawie zawsze, za młodzi, działacze, wciągani są w sieć partyjnych rozgrywek, przetargów, knowań i walki o podział zdobytych dzięki kampanii funduszy publicznych. W ten sposób kampania i bieżączka partyjna staje się de facto sensem działalności.

Ruch wszystkim, cel niczym

Smutnym doświadczeniem zaangażowania w działalność młodzieżową i, do pewnego stopnia, również partyjną, Ruchu Narodowego w latach 2001-2006, pozostaje fakt, że sposób i styl prowadzenia w nim wspomnianych wcześniej „partyjnych rozgrywek, przetargów, knowań i walki o podział zdobytych dzięki kampanii funduszy” był, niestety, co najmniej tak kiepskiej jakości, jak w innych podmiotach politycznych. Co najmniej. W to wszystko angażowani byli ludzie bardzo młodzi, często jeszcze niedojrzali, nie potrafiący z dystansem spojrzeć na siebie, swoją działalność, bezkrytycznie przyjmujący wszystko, co pochodziło od liderów, którzy zresztą zrobili bardzo wiele, by jakąkolwiek krytykę zdusić w zarodku. Nałożenie na siebie tych dwóch czynników (wewnętrznej degrengolady polit-partyjnej i bezkrytycznej wobec poleceń kierownictwa postawy zafascynowanej ideą młodzieży) spowodowało to, czemu niektórzy tak bardzo się dziwili – złamanie morale i ducha organizacji. Doświadczenie lat obecności w mainstreamowej polityce przyniosło określone korzyści (np. mogliśmy poznawać niedostępne do tej pory sfery życia politycznego i nabywać umiejętności; z tym, że staną się one wartością tylko wtedy, gdy na podstawie tych doświadczeń będziemy potrafili wyciągnąć wnioski; niestety, obserwujemy raczej popadanie w mitomanię, niż owych wniosków wyciąganie). W szeregach MW doszło jednak za przyczyną owego flirtu do masowej demoralizacji i jeśli dziś pytamy się, gdzie są owe setki działaczy zatrudnianych swego czasu przez partię, dlaczego nie widać ich nie tylko wokół MW, ale w szeroko rozumianym otoczeniu ideowej aktywności, to właśnie w owej demoralizacji należy upatrywać przyczyn tego stanu rzeczy. Nie twierdzę oczywiście, że dotyczy to wszystkich, jakkolwiek zaangażowanych swego czasu w LPR, jest wiele chlubnych wyjątków, gorzka prawda co do ogólnej tendencji jest jednak właśnie taka.

Radykalizm i cynizm

Jedynm z godnych ubolewania zjawisk, które zaistniały w naszym środowisku w okresie po roku 2000, był rozziew pomiędzy sposobem prezentowania organizacji na zewnątrz, a praktyką licytowania się na „prawdziwy radykalizm” i tendencją do prymitywizowania życia wewnętrznego wg wydumanego modelu „true-narodowca”. Taki stan permanentnej schizofrenii, dotyczący tak formacji młodzieżowej, jak i sytuacji w partii, był na dłuższą metę nie do utrzymania. Bardzo wielu działaczy tego modelu nie akceptowało; niektórzy odchodzili, inni, którzy wystąpili z krytyką, byli wyrzucani, jeszcze inni znosili to, wierząc retoryce „wyższych celów”, jaką nieustannie szafowało kierownictwo. Byłem wtedy wśród tych ostatnich. Zjawisko to było zresztą przyczyną, dla której MW w takiej postaci, pomimo tego co pisze W.Wierzejski, nigdy nie miała szansy stać się organizacją masową. Nie wypracowano modelu działalności, który wychodziłby poza ideę budowy niewielkiej, ale za to świetnie zdyscyplinowanej, zamkniętej hermetycznie w siatce własnych pojęć, w zrozumiałym tylko dla siebie kodzie kulturowym, grupy, gotowej wykonać każde polecenie kierownictwa. MW w tym czasie budowano nie według schematu endeckiego społecznikostwa, poprzedzonego i współistniejącego z głęboką refleksją polityczną, gospodarczą, społeczną, metapolityczną wreszcie, jak to miało miejsce sto lat wcześniej, a w oparciu o model znany z praktyki Rewolucji Październikowej. Zgodnie z tym modelem, nie było takiego występku, którego nie można było odpuścić działaczowi, jeśli tylko wykazywał całkowite podporządkowanie i nie było takich zasług, które mogłyby usprawiedliwć otwartą krytykę liderów. Akcje podejmowane na zewnątrz, mające pokazać oblicze MW jako organizacji z potencjałem do budowy nowoczesnego patriotyzmu, przynosiły niewielkie efekty, wobec rzeczywistości wewnętrznej i jałowości intlektualnej środowiska. Nawet chwalebna inicjatywa Akademii Orła, pod wieloma względami bardzo rozwijająca, służyć miała przede wszystkim szkoleniu kadr do bieżącej walki politycznej. W rezultacie, mówiło się i pisało o kuźni narodowych elit, a kształtowało mentalność partyjnego cwaniaka. Nieskutecznie zresztą, bo już na długo przed klęską 2007 roku można było zaobserwować, że w polskiej polityce jest wielu lepszych cwaniaków.

Priorytety

Wojciech Wierzejski pisze:

Dopiero bowiem sukces LPR spowodował umasowienie MW i rozrost jej struktur w całym kraju na skalę największą w powojennej historii. Technicznie – dzięki kampanii wyborczej. (Ideowo natomiast, bo cele były klarowne, wartości fundamentalne, środki ekspresji radykalne, metody często ekstremalne, wystąpienia jednoznaczne!). Czyli, jak wyżej pisałem (1)przyszły poważniejsze środki finansowe m.in. na obozy szkoleniowe, Wszechpolaka, wydawnictwa, lokale, ulotki, konferencje, wyjazdy itp. (2)nastąpiło wielkie nagłośnienie nazwy, nazwisk, celów i wartości.”

Wydawać by się mogło, że to prawda (oprócz, rzecz jasna, „umasowienia”, nawet przed wojną MW jako taka organizacją masową nie była, choć w środowisku akademickim odgrywała pierwszorzędną rolę, po 89 nigdy nie zgormadziła jednorazowo więcej niż 1000 aktywnych działaczy, wszelkie opowieści mówiące na ten temat co innego należy włożyć między bajki, zresztą nie ma co w tym wypadku łamać rąk, bo to i tak bardzo dobry wynik gdy chodzi o młodzieżową działalność ideowo-społeczną w Polsce po 89 roku). Warto jednak zauważyć jedną rzecz – gdy Wierzejski pisze o „klarownych celach, fundamentalnych wartościach, radykalnych środkach ekspresji, metodach często ekstremalnych (sic!) i jednoznacznych wystąpieniach” to zdaje się zapominać choćby o tym, jak bardzo naciskano na mnie ponad rok temu w Krakowie, by nasza akcja przeciwko marszowi homoseksualistów nie przybrała żadnych „radykalnych form”, bo spadnie to na konto Libertasu, którego małopolskim kandydatem był on ówcześnie. Jak inaczej to nazwać, niż radykalizmem haseł i konformizmem działań? Dość wspomnieć, że podczas kongresu Libertasu w Rzymie, na który przyjechało wielu działaczy MW, potraktowano ich tam wystąpieniem Lecha Wałęsy, nie raczywszy nawet o tym wcześniej poinformować. Tak, tego samego Wałęsy, przeciwko któremu tą samą Młodzież Wszechpolską organizowano kilka lat wcześniej do gwałtownych protestów. Dziś „matka-partia” mówi: Wałęsa zły – atakuj, jutro: Wałęsa dobry – klaszcz. Nie rozumiesz? Nieistotne, ty masz wykonywać.

Szczęśliwie funkcję prezesa organizacji sprawuję od marca 2009 i zdążyłem w tej roli przeżyć zaledwie jedną kampanię, w trakcje której „zasłużeni starsi działacze” po swojemu próbowali wykorzystać MW do swoich rozgrywek. Podobnych przykładów z lat wcześniejszych, gdy bieżącemu interesowi partyjnemu podporządkowywano organizację młodzieżową, możnaby mnożyć. Oparcie siły Młodzieży Wszechpolskiej, organizacji społecznej, wychowawczej, formacyjnej, w całości o doraźną walkę partyjno-parlamentarną, doprowadziło do sytuacji, w której klęska pewnego projektu politycznego stała się zarazem ciężkim doświadczeniem formacji młodzieżowej. Co gorsza jednak, Młodzież Wszechpolska, ze względu na wspomniany już styl prowadzenia polityki wewnętrznej, zaczęła przeżywać kryzys o wiele wcześniej, bo już w momencie, gdy LPR była w rządzie, u szczytu potęgi, wpływów, pieniędzy i znaczenia. A odrodzenie przyszło, gdy oddziaływanie nieboszczki „matki-partii” zaczęło się w sposób naturalny kurczyć i zanikać.

Owoce i pestki

Wojciech Wierzejski wymienia w swoim tekście negatywne skutki, jakie mają być udziałem każdego ruchu społecznego, rezygnującego z aktywnego udziału w bieżącej polityce. Do ogólnej wymowy tego fragmentu odniosę się niżej, chciałbym jednak zwrócić uwagę na jeden detal. Podaje on przy tym informację, która wprawiła mnie w zdumienie i jest znacząca w kontekście wspomnianych „poważniejszych środków finansowych m.in. na obozy szkoleniowe, Wszechpolaka, wydawnictwa, lokale, ulotki, konferencje, wyjazdy”. Pisze bowiem o bardzo dużej kwocie wydanej w 2005 roku na obozy letnie MW, próbując tym udowodnić korzyści płynące z symbiozy z LPRem. Jeśli owa suma jest prawdziwa (nie mam na ten temat żadnych informacji, ze stanem finansów MW zapoznany jestem od momentu rozpoczęcia urzędowania w marcu ub.r.), to jest świadectwem nie tyle potęgi organizacji, co niewyobrażalnego wprost marnotrawstwa. Zważywszy, że w przeciągu minionego roku, dzięki aktywności i wysiłkowi działaczy, udało nam się zrealizować szereg inicjatyw takich jak: kilka obozów wakacyjnych, obóz zimowy, Szkoła Letnia, Szkoła Zimowa, Dzień Narodowej Dumy, dwie edycje śląskiego Endorada, rocznica powstania MW, Marsz Niepodległości, uruchomienie strony www i forum, etc., o standardowej, mrówczej pracy w kołach nie wspominając, za kwotę niemal 20-krotnie mniejszą, epatowanie takimi liczbami wystawia naszym poprzednikom niechlubne świadectwo. Mówiąc inaczej – kwota tego rzędu, którą ponoć przejedzono w trakcie jednego sezonu urlopowego, to dla MW skromne, ale zapewniające rozwój i możliwości działań zewnętrznych, funkcjonowanie przez 5-10 lat. Naprawdę, nie ma czym się chwalić.

Tym sposobem dochodzimy zresztą do sedna i do wyjaśnienia przyczyn klęski formacji politycznej kierowanej przez środowisko, którego czołowym reprezentantem jest Wojciech Wierzejski, a także do związanego z tym, chwilowego załamania się działalności Młodzieży Wszechpolskiej. Pisać, że jedyną przyczyną owej klęski była błędna polityka liderów RN w tamtym okresie, pomijając czynniki zewnętrzne, od 2004 roku realnie coraz bardziej niesprzyjające, byłoby krzywdzące i niesprawiedliwe. Niewątpliwie jednak była to przyczyna główna.

Na chwilowej koniunkturze politycznej, jaka powstała w Polsce na przełomie tysiącleci (stagnacja gospodarcza, polaryzacja postaw przed referendum unijnym, rozpad AWSu), przy umiejętnej grze w środowisku narodowo-katolickim i poparciu Radia Maryja, udało się ówczesnym działaczom MW lub z nią związanym, zbudować pozycję w ramach LPR. Był to swoisty gambit, jednorazowy sukces, którego owoców broniono i który konsumowano przez następne lata. Niestety, jak to już pisałem w innym miejscu, środowisko narodowe weszło do gry politycznej takie, jakim było w latach 90tych, czyli „gołe”. Gorzej, że niemal równie „gołe” (mówię tu o Ruchu, a nie o pojedynczych działaczach) ją opuściło. Na czym owa „golizna” polega?

Golizna

W latach 90-tych Ruch Narodowy był bardzo bladym cieniem swojego odpowiednika z XXlecia, a w niektórych swoich formach, wręcz jego karykaturą. Z jednej strony zbyt daleko idący w układy z mainstreamem projekt ZChNowski, z drugiej – luźna zbieranina przebijających się w niszowości grup i organizacji. Zamiast opracowań i rewolucji intelektualnej opartej o twardą analizę rzeczywistości, na miarę tej dokonanej przez ojców Narodowej Demokracji, posługiwanie się hasłami sprzed 70 lat, niekończące się spory o Piłsudskiego (sic!) i wymachiwanie listami z żydowskimi nazwiskami… Intelektualna i instytucjonalna niemoc i słabość, kulturowo wąska i nieatrakcyjna nisza, polityczny niebyt. Gwałtowny przeskok, jakiego doświadczyło środowisko wszechpolskie w roku 2001, dołączając do polityki parlamentarnej, wcale owej słabości nie zlikwidował. Słaby intelektualnie, praktycznie nieistniejący choćby na gruncie akademickim (o innych grupach społecznych czy obszarach nie wspomniając) ruch, zaczął się rozrastać, ale nie w głąb, a wszerz. Były pieniądze na lokale, bezpłatne autobusy, darmowe wyjazdy i obozy, więc gromadzono po dwa, trzy razy więcej niż dziś, działaczy, na pojedynczych akcjach, w szczególnych wypadkach nawet ponad pięćset osób w jednym miejscu i czasie. No i co z tego? Skończył się polityczny projekt, skończyły się pieniądze, rozproszyła się większość zaangażowanych weń ludzi, zajętych w większości osobistymi karierami, albo po prostu urządzaniem sobie życia i wróciliśmy w pewnym aspektach do momentu, w którym byliśmy w roku 2000.

Czy stracona dekada?

Bogu dzięki jednak nie zatoczyliśmy koła. Minione dziesięciolecie to ogrom doświadczeń, nieocenionej wiedzy i umiejętności, o czym zresztą Wojciech Wierzejski słusznie pisze, wymieniając korzyści płynące z brania udziału w polityce. To niewątpliwie prawda. Prawdą jest jednak również fakt, że Ruch, tkwiący mentalnie gdzieś pomiędzy doświadczeniem nobliwych Seniorów z przedwojnia, a swojską odmianą subkultury, która swe najlepsze czasy ma już również dawno za sobą, okazał się dramatycznie odporny na owo doświadczenie. Udoskonalono i wyostrzono narzędzia walki politycznej, nabrano wprawy w rozgrywkach, wyszkolono się w najnowocześniejszych technikach marketingowych, ale zasadnicze myślenie o polityce, o budowaniu wielkiego ruchu, mającego być odpowiedzią na potrzeby i aspiracje wielkiego narodu, to się niestety nie zmieniło.

Gdy czytam dziś polityczne „analizy” Wierzejskiego, publikowane choćby na konserwatyzm.pl, odnoszę wrażenie, że to deja vu, że trzymam w ręku Myśl Polską z roku 99 czy 2000. Wtedy czytałem to z wypiekami na twarzy i głęboką wiarą w każde słowo, pełen podziwu, że za pomocą paru prostych sformułowań można wyznaczyć wrogów, udowodnić, że jesteśmy (tzn. narodowcy, ale wyłącznie ci spod znaku Wszechpolaków pod komendą WW) jedyną nadzieją dla kraju. No tak, ale wtedy miałem 14 lub 15 lat… Dlatego nie dziwię się, że dziś taka publicystyka wciąż do niektórych trafia; tak, ona ma smak, jest prosta w odbiorze, jednoznaczna we wnioskach, oczywista w dyrektywach działania. Ona m.in. jest narzędziem budowania wąskiego, ale wiernego grona podwładnych. Niewątpliwie tego rodzaju publicystyka może odgrywać swoją propagandową rolę w stosunku do ideowej, acz niedoświadczonej i nie znającej rzeczywistości w całej jej złożoności, młodzieży. Ale przed wynikającą z niej praktyką polityczną ostrzegam. W tym kontekście nie dziwi również tęsknota za kampaniami wyborczymi i masówkami, gdyż właśnie w takich warunkach najłatwiej manipulować młodymi ludźmi, grając na bębenku emocji. O ileż to prostsze niż odwoływanie się do żmudnej, tak pogardzanej przez niektórych, „przeintelektualizowanej” pracy u podstaw.

Najważniejszym doświadczeniem minionego dziesięciolecia dla Ruchu Narodowego w Polsce jest zrozumienie, że nie da się zbudować niezależnej pozycji politycznej i uzyskać trwały wpływ na losy Państwa i Narodu bez dokonania zmiany mentalnej. Dalsze trwanie w przekonaniu, że Ruch Narodowy po 89 ma swoje nieodwoływalne kierownictwo, naznaczone opatrznościowym palcem sukcesji rodowej czy senioralnej, którego nie można zmienić niezależnie od jego porażek lub sukcesów, a co najwyżej do niego dołączyć, skutkować będzie w najlepszym wypadku powtórką lat 2001-2007. Nie przeczę, że dla wielu może to być perspektywa obiecująca, choć raczej odległa, nie wyobrażam sobie jednak, by Idea Narodowa mogła przetrwać ponowienie owego eksperymentu bez trwałego ośmieszenia i zmargnalizowania.

Podsumowanie

Trzymając Młodzież Wszechpolską na dystans od bieżącej polityki, nie walczę i nie zamierzam walczyć z politycznością jako taką. W pierwszym rzędzie trzymam dystans do określonego sposobu uprawiania polityki. Zachęcam wręcz niektórych, by włączali się do działalności politycznej, pod jednym wszakże, bardzo istotnym warunkiem – najpierw dorośnij, dojrzej, sprawdź się w pracy społecznej, w zaangażowaniu non profit; sprawdź się w warunkach, w których przez co najmniej kilka lat będziesz dawał z siebie bardzo dużo nie oczekując za to apanaży i gratyfikacji. Jeśli uda ci się taka sztuka, jeśli się wykażesz, ukształtujesz, zahartujesz swojego ducha i uczynisz go odpornym na sieć pułapek, jakie zastawia działalność partyjna – wtedy idź i walcz w czynnej polityce.

No właśnie – i tu pojawia się problem – w jaką formację polityczną Ruchu Narodowego ma się włączyć taki młody, ale dojrzały już człowiek? Czy aby nie dlatego oczy niektórych naszych starszych kolegów zwracają się ponownie na MW z nadzieją (a potem odwracają z rozczarowaniem), że skompromitowana LPR została sprowadzona do poziomu politycznego „warzywa”? Czy nie tam powinni upatrywać pola swojej działalności ci, których ani metryka, ani związki z życiem Młodzieży Wszechpolskiej i podejmowanymi przez nią w ostatnich latach inicjatywami, nie upoważniają do udzielania jej pouczeń i wskazywania „jedynie słusznych” kierunków rozwoju?

Odnoszę wrażenie, że niektórzy spośród „starszych, zasłużonych działaczy”, stracili w pewnym momencie zainteresowanie MW, gdy przestała im być potrzebna, a wręcz przeszkadzała (bo rząd, bo media) by po popsuciu narzędzia, jakim był LPR, ponownie dostrzec w nas szansę na odbudowanie swojej pozycji politycznej. Zresztą Wojciech Wierzejski pisze o tym wprost: „Sytuacja w MW dziś jest taka, że organizacja ta nie mogłaby nawet zebrać stosownych podpisów pod listą wyborczą, gdyby taką chciała wystawić (jak to jeszcze nie tak dawno bywało), ani zebrać podpisów poparcia pod jakimś kandydatem na prezydenta. Ten fakt m.in. skutecznie zniechęcił jedynego potencjalnego kandydata opcji narodowej na prezydenta do podjęcia rywalizacji w tym roku.” Dlaczego jesteście kiepscy? – bo nie pozbieracie nam podpisów.

Dlaczego LPR, formacja stricte polityczna, która powinna zajmować się takimi kwestiami jak zbieranie podpisów pod listami wyborczymi, jest dziś tak dramatycznie słaba? Oczywiście, odpowiedź „starszych, zasłużonych kolegów” jest jedna – Kaczyński ukradł nam elektorat i struktury. Odpowiedź prawdziwa, ale oddająca niewielką tylko część prawdy. Zasadnicza część prawdy o uczynieniu z LPR marginesu, nie tylko politycznego, ale i organizacyjnego, tkwi bowiem w znajomości mechanizmu niszczenia struktur tej partii poprzez politykę pełną arogancji, buty i prymitywnego „makiawelizmu”, a raczej wyobrażenia o nim. Można było w 2007 roku przegrać wybory i utrzymać zdolne do wysiłku wyborczego, ideowe struktury. Te jednak „przegrano” na własne życzenie o wiele wcześniej. Dziś ci, spośród działaczy MW, którzy „przenieśli” organizację przez kryzys, rozpoczęty jeszcze w czasie najlepszej prosperity LPRu i dzięki wysiłkowi których następuje powolne odbudowywanie jej sił na zdrowszym i pewniejszym niż wcześniej fundamencie, oskarżani są o najcięższe przestępstwa, szarganie rzekomych świętości i kwestionowanie poczynań „kierownictwa Ruchu Narodowego”.

Wojciech Wierzejski pisze:

Tymczasem zaczęto cały dotychczasowy dorobek oceniać przez pryzmat ten jednej przegranej kampanii LPR. Wszystko okazało się złe: dotychczasowe metody, liderzy, cele, idee, formy ekspresji, program itd. Stopniowo zaczęto podważać wszystkie autorytety i zasługi wypracowane w ostatnich kilkunastu latach. Nic, co dawne już się nie liczy, bo test wyborczy, czyli głos ludu wszystko to przekreślił.”

Otóż dokładnie na odwrót – bolesną pod wieloma względami klęskę wyborczą LPR w roku 2007 wielu z nas, w tym i ja sam, powitało z nadzieją na to, że fiasko złego modelu myślenia o polityce i sprawach publicznych, pozwoli również i Młodzieży Wszechpolskiej wyzwolić się ze strefy wpływów osób, które ów zły model promowały i przenosiły go na grunt naszego stowarzyszenia. I rzeczywiście tak się stało – od co najmniej dwóch lat obserwujemy i uczestniczymy w procesie odbudowy struktur, odradzania się aktywności, a przede wszystkim, co jest moją największą nadzieją i radością, do pogłębiania teoretycznej podbudowy działalności Ruchu Narodowego w XXI wieku. Bez tej ostatniej, wszystko co się w Ruchu urodzi, będzie kalekie i ułomne.

Można w takim razie zapytać – jakim prawem ktoś wypisuje Wszechpolaków z Ruchu Narodowego (bo i takie głosy padają), skoro MW pozostaje jedyną działającą, zorganizowaną strukturą tegoż Ruchu? Może raczej to my jesteśmy “Ruchem”, tudzież wszyscy inni zorganizowani młodzi społecznicy, pragnący realizować w swoim otoczeniu określone wartości? Ruch to nie sekta, o przynależności doń decyduje nie desygnacja jakiegoś guru, lecz umiejętność rozpoznania dobra narodu, rozumienia otaczającej rzeczywistości, oraz tworzenie koncepcji i działania prowadzące do realizacji tegoż dobra. W związku z sytuacją, w jakiej znajduje się Ruch, odrzucamy czyjekolwiek roszczenia do wyznaczania jego linii politycznej, do wydawania nam bieżących dyrektyw. Żadne środowisko nie posiada na dzień dzisiejszy ani odpowiednich kwalifikacji intelektualnych, ani tym bardziej autorytetu, by móc ogłosić swój prymat w tym względzie. Nie jest to stan pożądany, niemniej jednak jest to stan faktyczny. Nie wykluczam, że przedstawiciele środowiska, które reprezentuje Wojciech Wierzejski, mają potencjał do tego, by taką pozycję objąć; do tego potrzeba jednak czegoś więcej niż prezentowanie tej samej, wiodącej do klęski, mentalności, tworzenie fałszywych mitów czasów świetności i chwały, powtarzanie zaklęć sprzed lat i metod politycznych, które MW wpędziły w szczęśliwie miniony kryzys, a LPR w niebyt.

Robert Winnicki

Prezes Zarządu Głównego

Młodzieży Wszechpolskiej

Check Also

Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy

„Wszyscy wiemy kto to byli Rossmannowcy” – grzmiał prokurator o egzotycznej, bliskowschodniej urodzie przebrany w …